Mogła bym napisać epopeję jak wygląda przygotowanie samochodu na wyjazd, szczególnie gdy robi się to po raz pierwszy, a trasa jest ciut dłuższa niż w Karkonosze. Myślę, że kilka osób miało by niezły ubaw czytając ten melodramat z elementami horroru o dziewczynie za kołkiem terenówki niezbyt pokaźnych rozmiarów, która uparła się, że przesunie horyzont.
Całe swoje krótkie życie słyszałam, że marzenia należy realizować. Nie pozostało mi więc nic innego jak zabrać się za pakowanie siebie (po raz kolejny) i autka (po raz pierwszy). Za kilkadziesiąt godzin rozpoczynam następną wyprawę życia, tylko, że jak to bywa, znów wypadało podnieść poprzeczkę. Nie obyło by się bez pomocy dobrych ludzi, bez wiary w to że nie ma rzeczy niemożliwych, bez pogody ducha i cierpliwości zakrawającej o histerię - bo przecież twardym trzeba być nie miękkim. Dużo wody w Wiśle upłynęło od kiedy wymyśliłam sobie szyderczy plan podboju wschodu z małym wojownikiem, nie będę ukrywać że zdążyłam w tym czasie pokochać ten mały samochodzik, popełnić kilka widowiskowych błędów i niezliczoną ilość razy nieskutecznie zejść na zawał.
Więcej szczegółów wkrótce - odliczanie czas zacząć - strat w niedziele o 5 rano!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz