sobota, 31 maja 2014

ZOSIA SAMOSIA

Pierwszy raz świadomie zobaczyłam Samuraia pod koniec poprzedniej wyprawy Lądem z Duszanbe do Kuala Lumpur. Gdzieś w centrum stolicy Malezji wciśnięty w małą dziurę stał zaparkowany biały wojownik, jego gabaryty, linia i charakter wzbudziły moją dużą sympatię, a przyjaciel z którym podróżowałam stwierdził, że dobrze że nie stałam w kolejce po wzrost bo musiałam bym się do tego samochodu składać w pół. Również podczas wspomnianej podróży, tylko że na jej początku poznałam ludzi biorących udział w Central Asia Rally i jako stara/młoda blachara imprezę zapamiętałam i obiecałam sobie wziąć w niej udział. 

Zaczynając od początku to nie bardzo pamiętam kiedy narodziła się moja miłość do blachy i ryku silnika. Na pewno od zabawy lalkami wolałam budować tory dla resoraków, a tata śmiał się, że może miałam być chłopcem. Kilka lat później koledzy uczyli mnie jeździć na "ćwiartce" i było to jeszcze długo przed możliwością zdania prawo jazdy. Zakochana w wyścigówkach najlepiej o linii Mustanga Shaby 69 lub Triumpha Spitfira 76 uważałam, że samochód w pierwszej kolejności powinien być szybki. Potem były mniej i bardziej udane byty czterokołowe. Kilka mniejszych i większych wypraw na krańce świata i świadomości, a w końcu decyzja, że dojrzałam do auta z silnikiem 1,3 jadącym max. 95 km/h.

Szukanie Samuraia w dobrym stanie było serialem komediowym klasy B, szczególnie, że na każde pytanie odnośnie oglądanego samochodu słyszałam pani przyjedzie z mężem to ja wyjaśnię, męża nie posiadam, ale stwierdzenie przeszło do kanonu i potem w różnych sytuacjach padało wielokrotnie. Wojownik na moje nieszczęście zielony (w życiu uznaje głównie wszystkie odcieni czerni) znalazł się pod Katowicami, po miłej wymianie uprzejmości z Panem Handlarzem nic nikomu nie mówiąc wsiadłam w pociąg i pojechałam nabyć swoją pierwszą terenówkę. Mam ciut więcej niż 13 lat, a nawet mam dowód ale na moje szczęście w nieszczęściu wyglądam na maturzystę, co nie umknęło uwadze Pana Handlarza, nomen omen tak przejętego moim planem zakupu od niego samochodu i ruszenia nim na daleki wschód, że to nie ja zadawałam pytania tylko on mi opowiadał o aucie. Spędziłam pod Katowicami pół dnia, pojechaliśmy w teren co by sprawdzić napędy, poznałam całą rodzinę Pana Handlarza i jak już zapadła decyzja że go/wojownika biorę to Pan pobladł. Ściągną mechanika, wymienił mi tarcze, zatankował, wsadził nowy akumulator i błagał aby do niego zadzwoniła nie zależnie o której dojadę. Dojechałam bez problemu z bananem na twarzy stawiając wszystkich przed faktem dokonanym, oto ja i mój samurai. Tak, zrobiłam to sama ku przerażeniu kolegów i tak, byłam z siebie obrzydliwie dumna. Wbrew wszystkim rokowaniom samochód okazał się w całkiem dobrym, a nawet rewelacyjnym stanie. Moja przygoda z błotem, piachem i częściami nabrała rumieńców. Zaczęła się też historia nie do przyjęcia dla wszystkich którzy chcieli mi pomóc bardziej niż sama tego chciałam, a mianowicie ZOSIA SAMOSIA musi sama. No cóż miewam wady …. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz