niedziela, 1 czerwca 2014

Warszawa – Rivne czyli nie jeździmy na ręcznym


Po nocnym pakowaniu i szybkim przyswojeniu obsługi pasów transportowych doszłyśmy do wniosku że samurai to bardzo pojemny samochód. Wyposażone w zapas wody, red bulla i babcinych pierogów o godzinie 6.30 wyruszyłyśmy na wschód. W woli ścisłości MY czyli ja i moja szalona mama Krysia, która po raz pierwszy postanowiła wyruszyć ze mną na podbój Azji. Czas ma dziewczyna ograniczony ale chęci i zapał godny pozazdroszczenia. Na dobry początek jako wytrawny kierowca była bardzo rozczarowana faktem, że nasz mały wojownik tak ciężko jeździ - no cóż na ręcznym nie jest lekko.

Wbrew wszystkim przestrogom na granicy było pusto, a samurai z załogą zrobił furorę. Po 30 minutach rozmów o budowie silnika spokojnie ruszyłyśmy dalej, lżejsze o łapówkę w postaci tabletek na gardło*.

Nocleg znaleziony o wyjątkowo wczesnej porze okazał się doskonałym pretekstem do przestudiowania elektroniki która miała nam się przydać, a o której żadna z nas nie miała zielonego pojęcia. Krysia po długich namowach podjęła się wyzwania ogarnięcia CB, a mi w udziale przypadła kamera. To ciekawe że z każdą kolejną podróżą ilość kabli rośnie niewspółmiernie do długości trasy. Fascynuje mnie fakt posiadania na pokładzie aparatu, kamery, radia, telefonów, komputera i całej reszty, gdzie jest moje less is more? Gdzie minimalizm i zamiłowanie do prostoty?

* Moje  migdałki musiały spokojnie poczekać kolejne 250 km na dezynfekcja szkocką whisky – cierpliwość to święta cnota.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz