Wbrew wszystkim przestrogom na granicy było pusto, a samurai
z załogą zrobił furorę. Po 30 minutach rozmów o budowie silnika spokojnie
ruszyłyśmy dalej, lżejsze o łapówkę w postaci tabletek na gardło*.
Nocleg znaleziony o wyjątkowo wczesnej porze okazał się
doskonałym pretekstem do przestudiowania elektroniki która miała nam się
przydać, a o której żadna z nas nie miała zielonego pojęcia. Krysia po długich
namowach podjęła się wyzwania ogarnięcia CB, a mi w udziale przypadła kamera.
To ciekawe że z każdą kolejną podróżą ilość kabli rośnie niewspółmiernie do
długości trasy. Fascynuje mnie fakt posiadania na pokładzie aparatu, kamery,
radia, telefonów, komputera i całej reszty, gdzie jest moje less is more? Gdzie
minimalizm i zamiłowanie do prostoty?
* Moje migdałki
musiały spokojnie poczekać kolejne 250 km na dezynfekcja szkocką whisky –
cierpliwość to święta cnota.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz