Przejechanie Ukrainy było proste, stacje benzynowe co 10
kilometrów wyposażone w red bulla, wi-fi i coś do jedzenia, równy asfalt i
policjanci pomagający zlokalizować nocleg nawet w miejscach gdzie wydawało się,
że nie ma już absolutnie nic. Samurai jechał równo i wdzięcznie, wzbudzając
uśmiech na twarzach mijanych ludzi. Dopiero na granicy można było odczuć
napięcie, nadmierną kontrolę i niechęć do współpracy. Po rosyjskiej stronie
dopadła nas jeszcze poprawność urzędnicza zakończona czterokrotnym przepisywaniem
dokumentów, a następnie ogrom kilometrów do pokonania w celu dojechania na
start.
Astrakhan (RUS) – Beyneu (KAZ) 840km
Szczęśliwie razem z czterema innymi teamami dotarliśmy do
Astrachania przed zmierzchem. Samurai zdążył zmienić kod błyskowy jeszcze przed
rozpoczęciem rajdu. Po pięciu godzinach snu przyszło nam pokonać pierwsze 840
km na kompletnie pustynnym stepie. Ponieważ zostałam pouczona o konieczności
sprawdzania wszystkich płynów ustrojowych wojownika każdego ranka, zrobiłam to
też na stracie, co po 40 kilometrach zaowocowało ugotowaniem samuraia na
miękko. Niedospanie, upał i pośpiech dały o sobie znać w najlepszym wydaniu, nie dokręcony korek od chłodnicy plus 50
stopniowy upał pozwoliły nam podziwiać widoki kazachskiego pustkowia z pobocza
a nie tylko z samochodu z wiatrem we włosach. Na mało przyjaznych terenach
ludzie mają niesamowitą umiejętność niesienia bezinteresownej pomocy. Po
godzinie byłyśmy znowu drodze, dla odmiany z kolejnym kodem błyskowym uroczo puszczającym
do kierowcy oczko. Przemilczę fakt pomylenia drogi 100 km przed metą i w
rezultacie dojechanie nad ranem, pominę zatrucie pokarmowe i piasek w zębach...
następny dzień mógł być tylko lepszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz